|
Archiwum
Zakładki:
Czytam na papierze
Czytam służbowo
Czytam w Internecie
|
wtorek, 29 marca 2011
Wczoraj pisałem, że Ministerstwo Infrastruktury myśli o rozdawnictwie netbooków / laptopów dla każdego pierwszoklasisty. Pomysł skrytykowałem, bo to odgrzewana idea z 2008 roku, takoż skrytykowana. Tropem kliknięć trafiłem na rozmowę z Magdaleną Gaj, wiceminister infrastruktury, odpowiedzialną za projekt "Komputery dla uczniów". Czytam ją okiem samorządowca i co chwila łapię się za głowę. Nie dlatego, że dla samorządów to będzie kolejne zamieszanie zafundowane przez rząd - nie ono pierwsze, nie ostatnie, kwestia przyzwyczajenia. Łapię się za głowę, bo to projekt, który kompletnie nie jest przemyślany. Oto przykłady:
Od razu można stwierdzić, że nie ma szans na to, żeby jakieś konsorcjum czy też ministerstwo zakupiło rok do roku partię 350 tysięcy takich samych netbooków w każdym roku i by był to sprzęt dostosowany do potrzeb dzieci. Zwłaszcza że musimy pamiętać, że ministerstwo na każdy komputer planuje przeznaczyć astronomiczną kwotę 137 euro.
Konia z rzędem temu, kto za 137 euro zakupi komputer przenośny z trzyletnią gwarancją, serwisem, ubezpieczeniem i podstawowym oprogramowaniem. OK, to ostatnie może być w pełni darmowe poza jednym - programem w jakiś sposób pozwalającym nauczycielowi na prowadzenie zajęć. Zakładając nawet, że ktoś napisze takie oprogramowanie w czynie społecznym, to nie widzę możliwości zakupu sprzętu oraz zapewnienia mu serwisu oraz ubezpieczenia za tę kwotę. Przy czym ubezpieczenie jest o tyle ważne, że nagle na ulicach pojawi się 350 tysięcy łakomych kąsków w plecakach, a nie każde dziecko jest odwożone przez rodziców samochodem.
Nie wiem, o ilu nauczycielach jest mowa, ale śmiem twierdzić że to kolejne kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy sztuk netbooków. Co więcej - nauczyciele prowadzą zajęcia z dziećmi w różnych klasach, więc dzieci przychodzące za 3-4 lata teoretycznie będą musiały mieć taki sam sprzęt jak nauczyciel. Lub odwrotnie. Rzecz jasna to przy założeniu pełnej unifikacji sprzętu nauczycieli oraz uczniów. Logistycznie tego nie widzę.
Ten akapit pokazuje jasno, że na mniej niż sześć miesięcy przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego cały projekt jest w proszku i można raczej mówić o zarysach koncepcji, niż czymś co ma być wdrożone od 1 września.
Brak informacji na temat oprogramowania, kosztów tego projektu, liczby zakupionego sprzetu i tak dalej. Szkoda, bo to dawałoby podstawy do realnego szacowania możliwości technicznych oraz kosztów wprowadzenia analogicznego programu w skali kraju. Ale obawiam się, że zarezerwowany miliard złotych powinien być miliardem euro. Przynajmniej.
Fascynujący jest brak wiedzy na temat realiów polskich szkół i łączy w nich działających. Szkoła wiejska może mieć i Neostradę 512, bo szybsze łącze nie jest potrzebne. Na takim łączu da się przejrzeć strony internetowe podczas zajęć z informatyki - to raptem kilka czy kilkanaście komputerów. Część szkół miejskich ma łącza 1-2 Mbit, bo szybsze ponownie nie są potrzebne. Sale komputerowe są pojedyncze, zaś liczba stojących w nich komputerów to nie więcej niż 30 sztuk. Wyobraźmy sobie teraz, że na tym samym łączu usiłuje "siedzieć" kilkaset osób jednocześnie. Komfort pracy na dawnym modemie telefonicznym będzie wielokrotnie wyższy niż to, czego doświadczą uczniowie. Chyba że Ministerstwo Infrastruktury przy okazji ma zamiar każdej szkole zafundować porządne komercyjne łącze o wysokiej przepustowości. Oczywiście jest szansa, że MI nie zakłada w swoich planach dostępu do Internetu i że wszystko ma się odbywać w ramach lokalnych sieci bezprzewodowych. Tyle że to oznacza zakup routerów do każdej klasy, skonfigurowanie ich oraz... ano właśnie, zabezpieczanie przed podsłuchem z zewnątrz oraz przed dowcipnisiami. Takie rzeczy też kosztują, a i potrafią skomplikować życie. Nauczyciel przychodzący do innej klasy będzie się musiał logować do innej sieci. Ewentualnie dzieci będą musiały się logować do innej sieci, przechodząc z pracowni biologicznej do pracowni geograficznej. Fenomenalny pomysł na stratę czasu lekcji.
To, że gdzieś nie ma problemu, nie znaczy że tego problemu nie będzie u nas. Śmiem twierdzić, że należy przygotować się na kradzieże, zwłaszcza że będzie to rozwiązanie masowe, a uczniowie pierwszych klas podstawówki rzadko dadzą radę się obronić przed złodziejem. Pani wiceminister mówi też o lokalizatorze GPS - to kolejna rzecz podnosząca cenę urządzenia. A zabezpieczenie kodem... wierzyć w to mogą chyba tylko urzędnicy ministerstwa. Skoro daje się łamać zabezpieczenia dużo droższego sprzetu, to tym bardziej da się złamać zabezpieczenie niskobudżetowych netbooków.
Rozpisałem się, ale dawno nie widziałem tak absurdalnego pomysłu. Poprzednim był chyba Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych.
poniedziałek, 28 marca 2011
Przez cały dzień media mówią o kolejnym pomyśle ministerialno-rządowym, czyli wręczeniu laptopa / netbooka każdemu uczniowi podstawówki.Oto news portalu Gazeta:
Interesujący komentarz można przeczytać w tekście Laptop dla ucznia, czyli głupich pomysłów ciag dalszy Dominika Batorskiego:
Przyznam, że zdumiało mnie odkurzenie tego pomysłu. Po raz pierwszy pojawił się w 2008 roku i został dość mocno skrytykowany. Przede wszystkim z powodów ekonomicznych, ale też komentarze merytoryczne mówiły wprost, że to pomysł może i ciekawy, ale kompletnie niepraktyczny. Dziś do pomysłu wracamy - oby okazał się tylko kiełbasą wyborczą.
czwartek, 24 marca 2011
W dziale "Prasówka" publikuję spis treści kolejnego, szóstego w tym roku numeru dwutygodnika "Gazeta Samorządu i Administracji". Z lekkim opóźnieniem, bo mi się towarzystwo w pracy rzuciło na numer i nie mogłem się doprosić o zwrot. Doprawdy, pogański Urząd, pogańskie obyczaje:
Spis treści
wtorek, 22 marca 2011
Do domu zabrałem całkiem świeży, bo dziś dostarczony numer "Poradnika Samorządowca". Omawia wynagrodzenia nauczycieli, a że moja szanowna małżonka jest osobą "z branży", to... tyle ten numer widziałem. Dostanę z powrotem za parę dni, bo żona zapozna się z zawartością dość dokładnie. Żeby jeszcze od tego jej pensja wzrosła... Po krótkiej chwili marzeń wróćmy do obowiązków blogowych - tradycyjnie wrzucam okładkę, fragment wstępu oraz spis treści.
Wstęp
Spis treści
poniedziałek, 21 marca 2011
Artykuł "Dolnośląski sposób na dziury w drogach" w dzisiejszej Rzeczpospolitej bardzo mi się spodobał. Właściwie nie tyle artykuł, co pomysł na oddanie dróch w województwie dolnośląskim w opiekę firmie prywatnej. Nie wdając się w tłumaczenia pomogę sobie cytatem:
Idea bardzo mi odpowiada, chociaż kierowcą nie jestem. Widzę jednak, jak remontowane są drogi lokalne. Bardzo często koszt remontu jest spory, a efekty... powiedzmy że co najwyżej poprawne. Firmie nie opłaca się starać za bardzo, bo dobrze wyremontowana droga może nie dawać zleceń w kolejnych latach. Oczywiście nie może zrobić fuszerki, ale też nie musi się specjalnie starać w ramach budżetu - gmina zamawia, gmina płaci. W tym przypadku jest szansa, że drogi będą porządnie wyremontowane, bo dobry remont ograniczy konieczność napraw, a tym samym da większy zysk w dłuższym czasie. To może być kawał dobrej samorządowej roboty i wzór do naśladowania. Czego pomysłodawcom i mieszkańcom Dolnego Śląska życzę.
czwartek, 17 marca 2011
Dwa dni temu pisałem o profesjonalnie przygotowanych przepisach, mając na myśli projekt ustawy audiowizualnej. Dziś na stronach Rzeczpospolitej przeczytałem artykuł Internet znika z ustawy medialnej, w którego wstępie czytam:
Oto jak w ciągu paru dni można przejść od mówienia o profesjonalnie przygotowanych przepisach do rekomendowania usunięcia fragmentów ustawy w celu jej dopracowania "w późniejszym terminie". Nie mam wątpliwości, że to jest efekt krytyki środowisk internetowych, samych Internautów oraz części nadawców i serwisów internetowych. Tyle że ta krytyka to dość mało - wystarcza do odroczenia wprowadzenia dziwnych pomysłów (wcześniej mieliśmy projekt Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych), ale nie wystarcza do tego, by raz na zawsze tak dziwne pomysły utrącać w zarodku.
Mimo to i tak można trochę zazdrościć środowisku internetowemu tak błyskawicznej samoorganizacji i masowości protestów. Może gdyby tak samorządowcy potrafili się skrzyknąć, to mniej dziwnych ustaw i nieprzemyślanych zapisów musielibyśmy potem interpretować? Tyle że do tego zdecydowana większość samorządowców musiałaby przestać być związana z partiami politycznymi. Rzadko kiedy przedstawiciel partii w terenie (a takim są samorządowcy partyjni) będzie się sprzeciwiał pomysłom swojego szefostwa. Może kiedyś...
wtorek, 15 marca 2011
Od paru dni słucham o efektach pracy ustawodawców. Wczoraj była mowa o ustawie audiowizualnej, dziś o reformie edukacji związanej z posyłaniem sześciolatków do podstawówki. Z doniesień w obu sprawach wyłania się obraz osób tworzacych przepisy. Osób, które są tak bardzo skupione na swoim zadaniu, że przestają dostrzegać otaczający nas świat. Żyją w swoim świecie, który jest idealny i doskonale przylega do zapisów ustaw.
Reforma edukacji, zdaniem przedstawiciela MEN, ogranicza się do zmian i pilnowania podstawy programowej. To, że w ramach tych zmian na barki samorządów spadają spore inwestycje, to już nikogo nie obchodzi. Słysząc taką mniej więcej wypowiedź przedstawiciela MEN przypomniałem sobie o gospodarzu domu przy ulicy Alternatywy 4, który nakazał wszystkim lokatorom zakup takich firanek i zasłon, jakie sam w mieszkaniu posiadał.
A właśnie, wkleiłem fragment serialu "Alternatywy 4" w reżyserii Stanisława Barei. Jeśli wkleiłbym jeszcze jeden, w myśl projektu ustawy audiowizualnej stałbym się nadawcą telewizyjnym. OK, może nie na tym blogu, ale gdyby przyszło mi do głowy stworzyć filmowy instruktaż wypełniania jakiegoś formularza i gdybym takich filmów instruktażowych stworzył kilka, to spełniałbym warunki tej ustawy. Mam na stronie katalog materiałów wideo i te filmy można odtwarzać na żądanie. Co oznacza, że muszę stronę swojej instytucji (ale też firmy) zgłosić do odpowiedniego rejestru i tak dalej. Absurdalne? Ależ skąd, nie dla naszych polityków. Minister Zdrojewski był łaskaw wypowiedzieć te słowa:
Jeśli ten legislacyjny gniot został przygotowany w sposób "niezwykle profesjonalny", to boję się oglądać te projekty ustaw, które powstały w sposób normalny.
Przy okazji jeszcze jedna refleksja - rok temu miała miejsce słynna debata premiera Tuska z przedstawicielami środowisk informatycznych oraz internetowych. Podczas niej okazało się, że nasi rządzący (nie tylko PO, ale generalnie cała tzw. klasa polityczna) ma znikome pojęcie o kwestiach związanych z techniczną stroną funkcjonowania Internetu, stron internetowych oraz innych elementów tej wielkiej Sieci. Wydawać by się mogło, że po takim doświadczeniu kolejne projekty dotyczące w mniejszym bądź większym stopniu treści publikowanych na WWW będą konsultowane z fachowcami. Tym bardziej wydawało się to sensowne, że fachowcy mogli skonsultować pewne pomysły juz w zarodku, mogli określić realność założeń, mogli sprawdzić kierunki rozwoju projektów etc. Nic z tego. Projektodawcy są tak bardzo przekonani o własnej nieomylności, że lekceważą nawet opinię Biura Analiz Sejmowych.
Refleksja ostatnia - posłowie wymyślają, po grzbiecie dostają urzędnicy lokalni, gdzieś w samorządach. Którzy wpływ na większość tego typu radosnej twórczości mają taki sam, jak obywatele - przez wyrażenie swojej opinii przy urnie wyborczej.
niedziela, 13 marca 2011
Od piątku śledzę doniesienia w sprawie trzęsienia ziemi oraz przejścia tsunami w Japonii. O rzetelności polskich stacji informacyjnych nie chce mi się nawet mówić, więc powiem tyle, że korzystam z informacji Polskiego Radia oraz śledzę stacje zagraniczne. Ale ja nie o tym...
Japończycy żyją w kraju, w którym trzęsienia ziemi są codziennością. Dosłownie, bo wedle statystyk podawanych w radio około 10% trzęsień ziemi ma miejsce w Japonii właśnie. Nic więc dziwnego, że rozwinęli doskonały system informowania, przeciwdziałania oraz łagodzenia skutków kataklizmów. Przyznam, że słuchałem tych informacji z zachwytem i jednocześnie usiłowałem się zastanowić, jak wygląda(łoby) to w Polsce. Wnioski nie należą do optymistycznych.
Szkolenia, szkolenia i jeszcze raz szkoleniaJaponia: regularnie szkoli się wszystkich oraz sprawdza poziom wyszkolenia przez ćwiczenia, których zadaniem jest przypomnienie oraz utrwalenie zachowań mogących ratować zdrowie i życie w czasie trzęsienia ziemi. Polska: szkolenia BHP traktowane są jak dopust boży, zaś alarmy przeciwpożarowe, organizowane w biurowcach raz do roku, są najczęściej lekceważone. Ewentualnie jest to okazja do wyjścia na "fajkę" czy na obiad. Kask w miejscu pracyJaponia: wedle relacji dziennikarzy pracujących w Japonii, powszechną praktyką jest kask (czy wręcz cały zestaw ratunkowy), przechowywany pod biurkami. Wszystko po to, by w razie trzęsienia ziemi osoba znajdująca się pod biurkiem (zalecane i ćwiczone zachowanie) miała pod ręką sprzęt pozwalający ochronić pracownika. Polska: gaśnice wiszą na korytarzu na takiej wysokości, że w razie pożaru zdejmą je tylko rośli mężczyźni. Apteczka... jeśli w ogóle jest, to w miejscu zapomnianym przez bogów i historię. Zakładając nawet jej istnienie, nie można być pewnym jej zawartości. Zestaw pierwszej potrzebyJaponia: w japońskich domach w określonym miejscu trzyma się zestawy ratunkowe, których zawartość jest opisana - woda, konserwa, dwie świece lub latarka i baterie, papier toaletowy etc. Zawartość i sprawność tego zestawu sprawdza się raz do roku i w razie potrzeby składniki się uzupełnia lub wymienia na nowe. Polska: pomyślmy przez chwilę, w ilu domach jest jakakolwiek apteczka. Nie mówię o białej skrzynce na ścianie, raczej mam na myśli plaster, środek dezynfekujący etc. Oczywiście my nie mamy takich katastrof naturalnych, ale... nigdy nic nie wiadomo. Kilka lat temu mieliśmy trzęsienie ziemi z epicentrum w okolicy Kaliningradu - rejonu traktowanego jako spokojny sejsmicznie. W Polsce było odczuwalne w województwie pomorskim oraz warmińsko-mazurskim i (chyba też) podlaskim. Co by się działo, gdyby epicentrum było w rejonie Zatoki Gdańskiej? Ustalone drogi, ustalone zachowania, ustalone zależnościJaponia: drogi ewakuacyjne są ściśle określone, opisane i przećwiczone. Poprowadzone tak, żeby ewakuującym jak najmniej zagrażało oraz... żeby w razie większego kataklizmu było wiadomo, gdzie powinni się znajdować ludzie. To znacznie ułatwia odkopywanie ofiar z gruzowiska, bo w pierwszej kolejności przeszukiwany jest obszar dróg ewakuacyjnych. Zalecane jest opanowanie (zgodne także z japońską kulturą, ale to odrębna sprawa), a także nakazane jest posłuszeństwo wobec poleceń służb ratunkowych. Wszystko po to, by ewakuacja oraz akcje ratunkowe były przeprowadzane sprawnie i szybko. Polska: dróg ewakuacyjnych w Polsce nie da się ściśle określić. Nie dlatego, że to niewykonalne technicznie, a dlatego, że w warunkach polskich nie ma to sensu. U nas każdy będzie wiedział lepiej, że przebycie 100 metrów wyznaczoną trasą to głupota, skoro można przejść między budynkami i skrócić trasę o połowę. O posłuszeństwie wobec służb ratunkowych nie ma nawet co wspominać. Relacje strażaków biorących udział w akcjach przeciwpowodziowych nie zostawiają złudzeń. Wspominają oni, że potrafią przekonywać dłuższy czas kogoś do ewakuacji, gdy są jeszcze po temu dobre warunki. Kilka godzin później dostają informację, że ktoś jest w sytuacji krytycznej. Okazuje się, że to często ta sama rodzina, która kilka godzin wcześniej nie chciała się ruszyć z domu.
Cieszę się, że cyklony u nas nie szaleją, że trzęsienia ziemi są bardzo rzadkie i słabe, że na tsunami nie mamy szans i że jedynym zagrożeniem są powodzie. Jednocześnie ten brak zagrożeń mnie trochę martwi, bo mimo wielu dużych powodzi w ostatnich latach sytuacja się nie poprawia. Jest ciepło, więc śniegi i lody szybko topnieją. Niedługo znów usłyszymy o zagrożeniach powodziami, o stratach spowodowanych przez wodę oraz o tym, że ktoś "nie daje" na remont domu / drogi / mostu / zalewanego rok do roku. Usłyszymy też, że należy remontować wały przeciwpowodziowe, przygotować rozlewiska naturalne i tak dalej. Mam nadzieje, że w tym roku będzie to powtarzane najwyżej raz. Oby w ogóle.
czwartek, 10 marca 2011
We wczorajszym wpisie Groźny spam na Facebooku ostrzegałem przed możliwością zawirusowania komputera przez spam rozsyłany na Facebooku, m.in. przez link "Sexy Upirka". Dziś rano informację tę potwierdziła na Facebooku firma Kaspersky, działająca w branży antywirusowej. Dla tych, którzy nie mają konta w tym serwisie, wklejam zrzut ekranowy wspomnianego komunikatu:
Chwalę się zatem, bo jeśli sam tego nie zrobię, to kto to zrobi za mnie? ;)
środa, 09 marca 2011
Czasy mamy takie, że należy promować swoje urzędy oraz firmy w każdy możliwy sposób. Jednym z takich sposobów jest strona w serwisie społecznościowym Facebook. Na tej stronie można komunikować się z osobami zainteresowanymi naszą działalnością czy produktami. Wraz z upływem czasu naszą stronę lubi coraz więcej osób, mamy wiele komentarzy i wieść o naszych produktach czy usługach idzie w świat. Wyobraźcie sobie teraz, że cały ten wysiłek idzie w niepamięć, a strona zostaje zablokowana przez administratorów Facebooka za rozsyłanie spamu. Nie możecie tego spamu zablokować, nie macie możliwości administrowania stroną. Pozostaje tylko liczyć, że zarządzający serwisem strony wraz z całą historią kontaktów nie skasują, a za jakiś czas odblokują ją i pozwolą dalej działać.
Czarny scenariusz? Internetowe science-fiction, które nie ma prawa się przydarzyć? Nie, to historia stron marek Cropp i House. Osoba zarządzająca tymi stronami kliknęła bez chwili zastanowienia na link, pozwoliła aplikacji internetowej na dostęp do swoich danych, a ta... odcięła administratorowi dostęp do stron i zaczęła rozsyłać spam. Blokada strony rozsyłającej spam była już formalnością wynikającą z regulaminu Facebooka.
Część z moich czytelników administruje stronami swoich urzędów czy instytucji, ewentualnie będzie nimi administrować w najbliższym czasie. Powinni być szczególnie uczuleni na linki, które mogą zawierać mniej bądź bardziej szkodliwe treści. Jednymi z takich linków są "śmieszne" lub "ciekawe" filmy wideo. Na ogół mają pokazywać zabawne sytuacje, ewentualnie (w wersji zwabiającej panów) pokazują panie hojnie obdarzone przez naturę. Zainteresowani klikają, filmik się nie uruchamia i... nie, nie koniec. Na ich profilu pojawiają się odnośniki informujące, że oni lubią ten filmik. Dzięki temu wieść się niesie, a kolejni użytkownicy klikają. Wyobraźcie sobie, że wraz z takim linkiem wasz komputer lub profil łapie jakąś nieprzyjemną wstydliwą chorobę...
Jak to odróżnić? Otóż jest to dość proste, przynajmniej na poziomie Facebooka. Tego typu spam charakteryzuje kilka cech:
Dla porównania spójrzcie na link do prawdziwego filmu:
Zwracajcie uwagę na takie detale, a będziecie bezpieczni. Przynajmniej odrobinę. |